Wakacje z bronią

Po raz kolejny na wakacjach spotykam się z tym samym problemem. Kilkuletnie dzieci biegają wokół z bronią, a rodzice skwapliwie uzupełniają im arsenał dokupując kolorowe naboje jakby to były cukierki. Wystarczy, że znajdzie się jeden malec z pistoletem, by na drugi dzień wszyscy chłopcy z okolicy biegali z podobnymi. Nijak nie potrafię tego zrozumieć, czy ja jestem jedyną matką, której to przeszkadza? 

Moi chłopcy nie mają żadnych militarnych zabawek, patrzą więc na to ze zdziwieniem, ale i fascynacją, aż im się oczy świecą. Wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej, a ja stoję bezradnie i  po raz setny powtarzam, że

… w naszym domu się nie strzela!

Biegną więc dalej, za domek sąsiadów, bo tam się strzela – przy rodzicach, w rodziców, z broni, którą rodzice kupili, bo niech się dziecko pobawi! I nie mówię tu o kolorowych pistoletach na wodę, ale o atrapach do złudzenia przypominających prawdziwą broń.

Pierwszy raz zetknęłam się z tym problemem dwa lata temu nad morzem. Mój starszy syn miał wtedy zaledwie 4 lata, młodszy nieco ponad rok. Na placu zabaw pojawił się chłopiec, 7-8-letni z pistoletem strzelającym kolorowymi kuleczkami. Kuleczki były pomarańczowe i przypominały cukierki, ale sam pistolet wyglądał z daleka jak prawdziwy, odgłosy strzałów też były dość realistyczne. Zmilitaryzowany malec strzelał zza drzew do innych dzieci, które strasznie się go bały i z płaczem uciekały do rodziców. Ponieważ histeria była zbiorowa, rodzice masowo tulili swoje przerażone, ostrzelane pociechy, naiwnie myślałam, że równie masowo pogonią/pogonimy małego terrorystę i jego pozbawionych – według mnie przynajmniej – wyobraźni rodziców. Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia już większość okolicznych dzieci miała identyczne pistolety (jak się potem okazało dostępne za grosze na co drugim straganie z pamiątkami znad morza)! Otóż rodzice „stanęli na wysokości zadania”, obronili swoje zestresowane dzieci, dając im do ręki taką samą broń i kazali strzelać do atakującego ich chłopca. Ten chwilę później stał się dowódcą całej uzbrojonej po zęby w kolorowe kulki bandy i zabawa była przednia.

Mój syn jako jedyny chyba nie uczestniczył tej zabawie, był więc biedny nieco wyobcowany. Na szczęście ma bardzo niezależną duszę i nie cierpiał zbytnio z tego powodu. Znalazł sobie zajęcie – z uporem maniaka zbierał owe pomarańczowe kuleczki, co też było dla mnie pewnym problemem, bo musiałam pilnować młodszego stworka, co by ich nie połykał, bo był w wieku, w którym to dzieci chętnie połykają wszystko, jak leci a co dopiero takie fajne „cukiereczki”.

Mój dziadek strzelał i zabijał!

W tym roku pojechaliśmy do miejsca, w którym były tylko cztery domki, ale nawet w nich znalazła się mocno zmilitaryzowana rodzina (bardzo sympatyczna, kulturalna, ale…). Najstarszy z trzech chłopców, może 10-letni już nie tylko miał pistolet „mama! jak prawdziwy!”, ale też wiele innych ciekawych akcesoriów. Kompletne moro (swoją drogą, jak widać produkują takie dla dzieci), karabinek, radiostację, a nawet wojskową maskę przeciwgazową! Moi synowie z zabawy z nim przynosili łuski po prawdziwych nabojach i okrzyki typu! „Mamo, mamo! A wiesz, że jego dziadek był żołnierzem i strzelał! Nawet naprawdę zabijał! Wow! Ale jazda!”… No faktycznie – jazda! Przynieśli mi też raz pistolet – „zobacz mamo, ja Ci tylko przyniosłem pokazać te numerki na nim” (bo wiedzą, że nie chciałabym, żeby przyszli pokazać mi broń). Obejrzałam więc sobie „te numerki”, po raz setny wytłumaczyłam, czym jest broń i jaką krzywdę można zrobić strzelając i kazałam iść i obejrzeć sobie wszystko, co ma kolega. Z nadzieją, że jak pozwolę obejrzeć, to po oględzinach stracą zainteresowanie. Stracili… Na szczęście. Na jak długo?

Czy ja aby nie przesadzam?

Tak się jednak ciągle zastanawiam, czy ja aby nie przesadzam? Czy może chłopcy jednak powinni sobie postrzelać? Gdy byłam dzieckiem wszyscy bawiliśmy się w wojnę, bo wszędzie nas tą wojną karmili. W szkole, w telewizji. Wyrosłam na „Czterech pancernych”. Czesząc i ubierając lalki „czekałam” na Janka, który „wróci z wojny”… Potem płakałam przy kolejnych odcinkach „Gazdy z Diabelnej”, czytałam z latarką pod kołdrą „Wielką wojnę z czarną flagą”… A może właśnie dlatego nie mogę się pogodzić z widokiem moich kilkuletnich synków z pistoletami w rączkach?

***

A na fotce rączka mojego sześciolatka z pistoletem jego wakacyjnego kolegi…

z bronią

Author: dorotka.eu

Kiedyś byłam tylko tomamą, potem zrobiłam krok ku wolności i założyłam MAMOpotrafisz.pl, teraz stałam się też bytem niezależnym dorotką.eu

Share This Post On

4 komentarze

  1. Ja też nie lubię, jak moje dzieci bawią się zabawkami typu pistolety czy karabiny, nawet jeżeli są to tylko kolorowe atrapy. Czasem jednak trudno nad tym zapanować, dostają takie zabawki od znajomych, dziadków nawet.

    Post a Reply
  2. Pani Mamo, BHP obowiązuje wszędzie, przy takich zabawach również, więc rzeczywiście głupotą jest, jeśli dzieci strzelają do siebie z kulek (co do nazewnictwa: te pistolety są to repliki broni ASG – air soft gun), a rodzice nie reagują. Nie mniej jednaj w przypadku chłopców to, że świecą im się oczy na widok broni, nawet takich replik, to normalny odruch, wręcz godny pochwały. Bo, kto jak kto, ale to do chłopców, (a w domyśle do mężczyzn kiedyś) należy obrona zarówno Ojczyzny, jak i miru domowego. I owszem, może czasami rzut doniczką wystarczy, jak policja nie dojedzie na czas, ale czy zawsze?

    Post a Reply
    • Nie dziwię się, że moim chłopakom i nie tylko moim, oczy się świecą na widok broni, też uważam to za naturalny odruch. Mimo to nie akceptuję dawania dzieciom takich zabawek. Jak już muszą walczyć, nich dobędą mieczy 😉

      Post a Reply
      • Ciekwaw logika 🙂 A czym się różni jedno „narzędzie zbrodni” od drugiego w sensie skutków?

        Post a Reply

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Google+